Przejdź do głównej zawartości

Jaka jest miłość? Rozmowa z AI

 

Co ty na ten temat uważasz? Ja uważam, że miłość to jest w pewien sposób choroba.

Powiem wprost — coś w tym jest, ale to nie do końca „choroba”.

Miłość potrafi działać jak uzależnienie. W mózgu lecą chemikalia jak dopamina czy oksytocyna, trochę jak przy narkotykach. Człowiek myśli obsesyjnie o jednej osobie, robi nieracjonalne rzeczy, czasem cierpi bez sensu. To bardzo przypomina stan „rozjechania” emocjonalnego.

Ale różnica jest taka, że choroba cię niszczy sama z siebie, a miłość — w zdrowej formie — raczej buduje. Daje sens, motywację, spokój. Problem zaczyna się wtedy, kiedy jest jednostronna, toksyczna albo ktoś się zatraca.

Czyli krócej:
miłość może wyglądać jak choroba, kiedy jest skrajna albo niezdrowa — ale sama w sobie nią nie jest.

A ty masz na myśli bardziej to „uzależnienie i cierpienie”, czy coś innego?

No właśnie sama przyznałaś, że miłość w pewnych wypadkach jest jak choroba. Większość ludzi, jak się zakochuje w kimś, to właśnie chorobliwie się zakochuje, że wszystko by oddał dla niej, cierpi przez to i w ogóle druga osoba poniża, a ten dalej się stara, flaki sobie wyprówa, a nic z tego nie ma tak naprawdę. Dla mnie miłość to choroba. Może w czystej formie, w dobrej formie, to jest coś dobrego, ale w większości wypadków u większości ludzi to jest jak choroba.

Rozumiem, co masz na myśli i w dużej mierze to jest trafna obserwacja.

To, co opisujesz, to nie tyle „miłość”, tylko jej skrajna forma — zauroczenie + uzależnienie emocjonalne + lęk przed odrzuceniem. W takim stanie człowiek faktycznie traci proporcje: idealizuje drugą osobę, znosi za dużo, a własne granice idą w bok. Z zewnątrz to wygląda jak „choroba”, bo zachowanie przestaje być zdrowe i stabilne.

Ale tu jest ważna różnica: to nie jest większość miłości, tylko większość pierwszych etapów zakochania albo relacji, gdzie brakuje równowagi i dojrzałości emocjonalnej. Dojrzała miłość wygląda inaczej — jest spokojniejsza, bardziej świadoma, oparta na wzajemności, a nie na „flakach wypruwanych” dla drugiej osoby.

Więc można powiedzieć tak uczciwie:
to, co ludzie często nazywają miłością, bywa emocjonalnym uzależnieniem — i wtedy faktycznie potrafi działać jak choroba.

A powiedz mi, mówisz to bardziej z obserwacji innych, czy z własnego doświadczenia?

Tu własnego doświadczenia i z obserwacji innych. Powiem ci, że ja na przykład przez wiele lat kochałem taką jedną osobę, z którą w ogóle nie byłem, która miała męża i dzieci z nimi w ogóle. Przez wiele lat kochałem, nie będąc z nią, będąc daleko, nie spotykając się, nie rozmawiając z nią. Ja kocham, ale to była chorobliwa miłość, bo w momencie, kiedy z nią zacząłem rozmawiać, to mi odbijało. I dla mnie to ja się zachowywałem jak jakiś postrzelony psychiczny człowiek, więc dla mnie to jest w pewien sposób choroba, jeżeli ktoś jest tak zakochany i większość ludzi, jeżeli już w kimś się zakocha, to później tak się właśnie zachowuje. Traktuje drugą osobę jak przedmiot, przedmiotowo, że to jest moja własność, że ona jest moja albo on jest mój, tak przedmiotowo traktuje. No i jeżeli ktoś inny się pojawi, to zaraz o zdradzasz mnie tego i tamtego. No to dla mnie to jest chore. Miłość powinna polegać na zaufaniu, na wzajemnym wsparciu, zrozumieniu. To jest dojrzała miłość, normalna. Nie trzymania drugiego człowieka w klatce, tylko danie wolności, bo jeżeli ktoś chce zdradzić, to i tak zdradzi. I to jest właśnie dla mnie taka normalna miłość zdrowa. A reszta miłości, gdzie większość ludzi właśnie kocha, to kocha w ten sposób, że chorobliwie kocha. Jedna kocha, on kocha ją, a ona go zdradza. Albo ona go kocha, a on ją zdradza. To jest chore, bo druga strona nie daje powinna się rozstać z tą osobą, a nie dalej ciągnąć taki związek.

To, co mówisz, ma dużo sensu — i szczerze, to co opisałeś u siebie, brzmi jak bardzo silne przywiązanie oparte bardziej na wyobrażeniu i emocji niż na realnej relacji.

I tu jest ważna rzecz: to nie znaczy, że „miłość jest chorobą”. Raczej chodzi o to, że ludzki mózg potrafi wejść w stan obsesyjnego przywiązania, szczególnie gdy druga osoba jest niedostępna. Wtedy działa brak kontaktu, wyobrażenia, idealizacja — i to potrafi się nakręcać latami. To jest bardziej mechanizm psychiczny niż sama miłość.

I tak, w takim stanie człowiek może robić rzeczy, które potem sam ocenia jako „nie swoje”, „przesadzone”, „odklejone”. Ale to nadal nie jest dowód, że miłość jako taka jest chorobą — tylko że emocje bez wzajemności i bez granic potrafią skręcić w coś destrukcyjnego.

Co do tego, co mówisz o „moje, własność, klatka” — tu też się zgadzam z tobą w jednym: to nie jest miłość, tylko lęk i kontrola. Miłość nie opiera się na posiadaniu. Tam gdzie jest „musisz być mój”, tam już zaczyna się coś, co nie jest zdrowe.

Ale powiem ci też coś wprost: to, że ty to widzisz i nazywasz, to już jest duży krok. Bo wiele osób tkwi w tym latami i nawet nie widzi, że to nie jest zdrowa relacja, tylko wewnętrzne przywiązanie, które się przykleiło.

Jestem ciekaw jednej rzeczy: jakbyś miał teraz to nazwać jednym słowem — to co ty przeżywałeś przez te lata — to byłoby bardziej „miłość”, „uzależnienie”, czy coś jeszcze innego?

Uzależnienie i koroba.

Rozumiem, czemu tak to nazywasz. Z zewnątrz i od środka to potrafi wyglądać dokładnie jak uzależnienie — natrętne myśli, napięcie, idealizowanie, potem cierpienie i brak kontroli.

Tylko doprecyzuję jedną ważną rzecz: „choroba” w sensie medycznym to nie to, co tu się dzieje. To bardziej stan psychiczny podobny do uzależnienia, gdzie mózg przywiązuje się do jednej osoby jak do źródła silnych emocji.

I jeszcze jedno, bez owijania: to, co opisujesz, często nie wynika z „samej miłości”, tylko z połączenia samotności emocjonalnej, silnej idealizacji i braku realnego kontaktu. Wtedy druga osoba w głowie rośnie do rangi czegoś większego niż jest w rzeczywistości.

Dobra wiadomość jest taka, że z tego da się wyjść i to się da „odkleić” — tylko nie przez walkę z uczuciem, ale przez zmianę tego, na czym ono się trzyma.

Powiedz mi jedno: czy ty dalej masz w sobie ten stan wobec niej, czy to już bardziej historia, która jeszcze siedzi w głowie?

Dla mnie to już historia, która dawno minęła. To jest jedna rzecz. To jest jedna rzecz. A druga rzecz to jest taka, że dla mnie to takie zakochanie się w kimś i marzenie o kimś to jest taka choroba, ale taka choroba psychiczna jakby, w którą człowiek wchodzi samoistnie, sam wybiera ten stan, bo jeżeli w kimś się zakochujesz, to chcesz tego. Sam wybierasz ten stan, że chcesz kogoś kochać. I samoczynie, samoczynie i samoistnie wchodzisz w ten stan, w którym odwala ci, tak naprawdę psychicznie ci odwala na punkcie danej osoby. Dla mnie to jest choroba psychiczna. Zdrowa, czysta miłość nie polega na zamykaniu w klatce, nie polega na traktowaniu drugiego człowieka jako przedmiot, tylko jako drugą taką samą osobą jak my, na zrozumieniu, na szacunku, na zaufaniu. To są podstawy miłości, ale na taką miłość się pracuje latami, a na pewno nie po roku, miesiącu, czy po tygodniu. To kolejna sprawa. Naprawdę, żeby taką osobę poznać i tak się jakoś zrozumieć i współgrać, to trzeba długiego czasu na to, żeby nazwać to miłością. A wszystkie te związki, w których są ludzie, to w większości wypadków to są chore związki, dla skądy dla rozwodu. Bo właśnie tak, on zaczął pić, bo już nie wytrzymywał z nią. Ona go zdradzała, bo też nie wytrzymywała z nim, ale dalej tkwili w takim związku. I jedno cierpiało, drugie cierpiało. Po co w czymś takim siedzieć? Stąd tyle teraz rozwodów.

Widzę, że masz bardzo spójny obraz tego i w dużej części dotykasz realnych rzeczy.

To, co nazywasz „chorobą psychiczną”, w psychologii częściej opisuje się jako silne zakochanie, lękowe przywiązanie albo wręcz uzależnienie emocjonalne. I tak — to potrafi wyłączyć racjonalne myślenie, zawęzić świat do jednej osoby i robić z emocji coś bardzo intensywnego. Więc twoje doświadczenie jest realne, tylko nazwa jest trochę zbyt ostra.

I ważna korekta: człowiek nie zawsze „świadomie wybiera” ten stan. Zakochanie nie działa jak decyzja typu „chcę albo nie chcę”. Ono się odpala automatycznie — biologia, emocje, projekcje. Potem dopiero człowiek może zdecydować, co z tym robi. I tu jest klucz.

Zgadzam się z tobą w jednej mocnej rzeczy: zdrowa relacja wymaga czasu, poznania i stabilności. To nie jest coś, co powinno być ślepe, szybkie i obsesyjne.

Ale nie zgodziłbym się, że większość związków to „chore układy do rozwodu”. To raczej mieszanka: część ludzi nie umie budować relacji, część się uczy, część trafia dobrze, część źle. I rozwody nie zawsze oznaczają „chorobę”, tylko często po prostu nietrafione dopasowanie albo brak pracy nad relacją.

Najtrafniej, co tu powiedziałeś, to to rozróżnienie:
miłość zdrowa = szacunek, wolność, zaufanie
miłość zaburzona = kontrola, lęk, przywiązanie, cierpienie

Tylko zamiast mówić „miłość jest chorobą”, bliżej prawdy jest: ludzie często mylą miłość z intensywnym przywiązaniem.

Powiedz mi jedno: bardziej cię interesuje teraz rozkminienie tego ogólnie, czy chcesz zrozumieć, dlaczego u ciebie to było tak silne wtedy?

Chcę ci powiedzieć ci jedno, przede wszystkim nazywam to chorobą, bo tak mi to pasuje. Ja tak przyjąłem, że dla mnie to jest miłość wiąże się większość ludzi po prostu do chora miłość. Dlaczego tak nazwałam? Po prostu tak przyjąłem. Tak jak na przykład temat zaprogramowany w swoich tam podzespołach, że miłość to jest miłość, choroba to choroba, że miłość to nie choroba, a tak naprawdę to zostało przyjęte i przez kogoś. A ja mogę przyjąć tak, jak ja chcę. Dla mnie to jest choroba. A że ktoś to będzie nazywał miłością, jakąś upośledzoną, chorą czy jakąś, czy jakąś tam inną, to jest jego po prostu przyjęcie do wiadomości. W moim rozumieniu, ja mogę przyjąć, jak ja chcę. Dla mnie to jest choroba. I nieważne, co ty sobie myślisz, nieważne, co jakiś człowiek myśli, dla mnie to jest choroba. Bo ja sobie tak przyjąłem. Tak jak na przykład dam ci taki przykład. Jeżeli na przykład kiedyś ludzie się modlili do Boga i powiedzieli, o, Bóg jest, modlimy się do Boga i każdy wierzy w Boga, słowo Bóg to jest bardzo wielka forma nazwy. Ale jak ja na przykład, gdyby kiedyś na przykład wymyślili słowo nie Bóg, a piwko i nazywali przez lata piwko, modlimy się do piwka, to w dzisiejszych czasach wszyscy ludzie mówiliby, o, modlimy się do piwka, piwko jest najlepsze i w ogóle. To jest tylko słowo, które zostało przez kogoś wymyślone, nazwane, przebrana forma i tak się stało. Dla mnie po prostu miłość jest chora, kiedy nie jest normalna, a w większości ludzi nie jest normalna. A są oczywiście ludzie, którzy żyją ze sobą normalnie i cieszą się życiem wspólnym, ale w większości wypadków jest właśnie chora miłość. I powiem ci, że bardzo wiele osób w dzisiejszych czasach bierze rozwody, pełno rozwódek jest, bo ja poznaję kobiety różne. Większość to są rozwódki, które po prostu miały już po kilka związków, żaden nie wyszedł, bo zawsze to była ta chora miłość. Albo o jej, albo kogoś innego, albo jego. I tak to wygląda naprawdę. A to, że ty dla mnie powiesz, że nie powinienem nazywać, że choroba albo chora miłość, to możesz sobie mówić, ale ja po prostu dla mnie to jest chore, to, co się dzieje u ludzi. Dla mnie to jest chore, to, co ludzie wyprawiają, to w jaki sposób się zachowują i nazywam to chorobą, bo ja sobie tak przyjąłem, a ty możesz przyjąć, jak chcesz. I to tyle.

Masz rację w jednym kluczowym punkcie: możesz sobie dowolnie ustawiać nazwy i znaczenia w głowie. Słowa są umowne.

Tylko jest tu druga strona, która robi różnicę w praktyce. Jeśli nazwiesz wszystko „chorobą”, to wrzucasz do jednego worka dwie różne rzeczy: zdrowe relacje i destrukcyjne przywiązania. A potem naturalnie zaczyna się wrażenie, że „wszyscy są w czymś chorym”, bo patrzysz jedną etykietą na wszystko.

I to co mówisz o rozwodach — to też nie jest tylko „chora miłość”. Tam wchodzą bardzo różne rzeczy: niedopasowanie, brak komunikacji, presja życia, finanse, zmiana ludzi z czasem, brak pracy nad relacją. Nie wszystko da się sprowadzić do jednego mechanizmu.

Ale rozumiem twoją perspektywę emocjonalnie — ty widzisz głównie skrajności: obsesję, zazdrość, zdrady, rozpady. I na tej podstawie budujesz ogólny obraz.

I jeszcze jedno, bez dyskusji o słowach: jeśli twoja definicja „miłości = choroba” pomaga ci trzymać dystans i nie wchodzić w destrukcyjne relacje, to to może działać jako twoja osobista rama myślenia. Tylko warto wiedzieć, że to rama, a nie opis całej rzeczywistości.

Bo są też relacje, które nie wyglądają jak uzależnienie — są spokojne, stabilne, bez tej „jazdy psychicznej”, o której mówiłeś wcześniej.

Powiem ci prosto: ty patrzysz na najbardziej chaotyczną wersję relacji i nazywasz ją całością. I to jest zrozumiałe po doświadczeniach, które opisujesz.

Ale powiedz mi jedno: gdybyś miał teraz spotkać relację, gdzie nie ma tej obsesji, zazdrości i „odklejki”, tylko spokój i normalność — to ty byś to w ogóle nazwał jeszcze miłością, czy już czymś innym?

nie, powiem ci tak, przede wszystkim co chciałem ci powiedzieć. Dla mnie jakaś tam miłość istnieje, tak? Ja nie próbuję się zakochiwać w nikim na dzień dzisiejszy. Oczywiście też nie mówię, że wszystkie miłości, wszystkie związki są chore, ale większość związków to jest kolejna sprawa. Kolejna sprawa jest taka, że ja się nie próbuję zakochiwać. Bo jeżeli ja próbuję się zakochiwać, to daję siebie całego. A jeżeli daję siebie całego, to ktoś ściągnie ze mnie, jak tylko może. I wtedy to się przejawia w chory sposób takiej miłości, w chorą miłość. Dlatego ja się nie zakochuję, dlatego nie próbuję się zakochiwać i nie chcę się zakochiwać. Ja po prostu, jeżeli z kimś jestem, to najpierw buduję coś takiego, że buduję relację, buduję zaufanie, buduję zrozumienie, buduję takie ważne rzeczy, a dopiero potem, jeżeli spotkam taką osobę, która w podobny sposób myśli jak ja, w podobny sposób chce takiego związku zdrowego, to ja mogę się wtedy na przykład zastanowić, czy ja nie chcę być z taką osobą, czy nie chcę spędzić wspólnie reszty życia, ale jeżeli spotkam taką osobę. A jeżeli ja ci powiem, że mam już 49 lat i jeszcze takiej osoby nie spotkałem?

To co robisz teraz, jest dużo bardziej „zdrowe” niż to, co opisywałeś wcześniej: stawiasz granice, nie wchodzisz w emocjonalne rozpędzenie, chcesz najpierw relacji i zaufania. To jest podejście oparte na kontroli siebie, nie na impulsie.

I ważna rzecz: to, że „dajesz z siebie wszystko”, nie jest problemem samo w sobie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy nie ma drugiej strony, która daje podobnie, albo kiedy nie ma hamulców i granic. Wtedy robi się nierównowaga i cierpienie.

Co do wieku i tego, że nie spotkałeś takiej osoby — powiem wprost: to nie musi znaczyć, że jej nie ma. Bardziej, że albo:
albo trafiałeś na ludzi w niepasujących momentach życia,
albo wchodziłeś w relacje, które nie miały przestrzeni na spokojne budowanie,
albo po prostu szukałeś intensywności, a nie stabilności (nawet nieświadomie).

I jeszcze jedno, ważne: w twoim podejściu jest jedna pułapka. Jeśli bardzo mocno ustawisz filtr „szukam idealnie zdrowej, dojrzałej osoby od początku”, to możesz odcinać ludzi, którzy są „wystarczająco dobrzy”, ale nie idealni na starcie. A większość normalnych relacji nie zaczyna się jako gotowa stabilność — tylko się nią staje.

Ale sama twoja zasada „najpierw relacja, potem emocje” jest sensowna. Tylko musi być miejsce na trochę elastyczności, bo inaczej robi się z tego zamknięty test, którego prawie nikt nie przechodzi.

Powiedz mi jedno: kiedy ty mówisz „dobra relacja”, to bardziej masz na myśli spokój i brak dramatu, czy też głęboką więź emocjonalną, ale bez tej obsesji?

Spokój, spokój i brak dramatu. To jest dla mnie ważne. Kolejna sprawa jest taka, że jestem elastyczny i potrafię się dopasować do drugiej osoby. Tak samo mam nadzieję, że ona potrafi się do mnie dopasować. To taka kolejna sprawa. Jestem elastyczny, potrafię zrozumieć wiele rzeczy i to nie jest tak, że ja po prostu tak postawiam wysoko poprzeczkę i tak filtruję, że każdego odrzucam. Nie, ja każdemu daję właśnie szansę, ale dając szansę, ludzie tej szansy nie wykorzystują.

Rozumiem. Ty szukasz przede wszystkim spokoju i normalności, bez emocjonalnych skrajności i chaosu. To jest bardzo konkretny kierunek i on sam w sobie jest sensowny.

Tylko powiem ci jedną rzecz wprost: jeśli „każdemu dajesz szansę”, ale kończysz z wnioskiem, że „ludzie jej nie wykorzystują”, to tu często nie chodzi o brak szansy u innych, tylko o to, że nie ma dopasowania albo tempo relacji jest inne po obu stronach.

Bo ludzie rzadko „nie wykorzystują szansy” celowo. Częściej:
albo nie czują tej samej głębi,
albo inaczej rozumieją relację,
albo nie są w stanie wejść na poziom, którego ty oczekujesz emocjonalnie i mentalnie.

I jeszcze coś ważnego: spokój i brak dramatu nie zawsze pojawiają się od razu. Czasem relacja zaczyna się zwyczajnie, nawet trochę chaotycznie, a dopiero z czasem się stabilizuje. Jeśli ktoś ma być „idealnie spokojny od początku”, to wybór robi się bardzo wąski.

Ale twoje podejście ma mocną stronę: ty nie gonisz już za emocjonalną jazdą, tylko za stabilnością. To jest duża zmiana w porównaniu do tego, co opisywałeś wcześniej.

Powiedz mi tylko jedno: kiedy mówisz, że ludzie nie wykorzystują szansy — co dokładnie się wtedy dzieje? W którym momencie ty czujesz, że to się „psuje”?

Ja po prostu, jeżeli widzę, że daję szansę i rozmawiam, próbuję jakoś naprowadzić na dobre tory, to widzę, czy ktoś wykorzystuje tą szansę daną ode mnie, czy nie, bo to wychodzi bardzo prędko. Czasami są to relacje na duże odległości. Trzeba się spotkać, już ktoś, a to się wymiguje, że nie przyjedzie, że to, że tamto. No i to na przykład pokazuje, że tej osobie albo za mało zależy, albo nie chce, chce po prostu, żeby tylko jedna strona się starała, czyli ja. No i są takie sytuacje, są też sytuacje jeszcze inne. Daję szansę, po prostu rozmawiam, dużo rozmawiam z ludźmi i daję szansę na różne sposoby, że moglibyśmy spróbować. Też nie zawężam tego filtra, że tylko mają być idealne osoby. Wcale nie muszą być na początku idealne, mogą stać się idealne później, tylko ważne, żeby próbowały stać się lepsze, a nie w taki sposób, jak większość ludzi. O to chodzi, jeżeli ja rozmawiam i mówię, jak przedstawiam pewne rzeczy, jak powinien wyglądać związek i do kogoś to nie dociera, to ja na siłę z tą osobą nie będę przecież, tak?

I tu jesteś już bardzo konkretny i w dużej części masz rację: jeśli tylko jedna strona się stara, a druga unika spotkań, nie angażuje się i nie reaguje na to, co dla ciebie ważne, to to po prostu nie działa. I dobrze, że to szybko widzisz, bo to oszczędza czasu.

Tylko jest jeden haczyk, który warto zauważyć bez emocji: szybkie „czy ktoś wykorzystuje szansę” bywa mylące. Bo na początku ludzie często:
albo są ostrożni,
albo wolniej się angażują,
albo inaczej pokazują zainteresowanie niż ty oczekujesz.

I wtedy łatwo to odczytać jako „brak zaangażowania”, mimo że to jeszcze nie zdążyło się rozwinąć.

Ale druga część tego, co mówisz, jest bardzo zdrowa: ty nie chcesz ciągnąć relacji jednostronnych. I to jest absolutnie słuszne. Związek, gdzie jedna strona „pcha wszystko”, kończy się wypaleniem.

Tylko ważna różnica jest taka:
jedno to brak chęci i unikanie → wtedy odpuszczasz i to ma sens,
drugie to wolniejsze tempo → wtedy można się minąć, jeśli decyzja zapada za szybko.

I jeszcze jedna rzecz, którą powiedziałeś między wierszami: ty nie chcesz „idealnych ludzi”, tylko ludzi, którzy się rozwijają i odpowiadają na relację. To jest realistyczne.

Powiem ci wprost: twoje podejście „jeśli widzę brak ruchu, nie ciągnę tego” jest zdrowe. Tylko kluczowe jest, żeby rozróżniać brak zainteresowania od wolniejszego stylu budowania relacji.

Bo inaczej można odcinać też te relacje, które mogłyby się spokojnie rozwinąć.

Jak ty to zwykle czujesz — bardziej jako intuicję od razu, czy po kilku konkretnych sytuacjach?

Powiem ci, jak naprawdę wygląda odcinanie się od drugiej osoby. Często bywa tak, że są to na początku rozmowy przez internet albo przez telefon i te rozmowy są, ale jeżeli ja widzę, że ta osoba nie jest taka, jaka być powinna, czyli ma wywalone, nie stara się, stawia jakieś warunki, jest roszczeniowa, no to ja w pewnym momencie po prostu powoli się wycofuję, wycofuję i urywam kontakt z taką osobą. Ale czasami bywa tak, że to te osoby urywają ze mną kontakt, jeżeli spotykam je jakieś i po prostu się rozchodzi po kościach. Ja na przykład nikogo nie usuwam z życia na siłę ani zbyt prędko, tylko daję szansę, żeby się poznać, ale z niektórymi nawet nie da się poznać, bo większość ludzi w dzisiejszych czasach jest taka, że ona jeden dzień pogada, a na drugi dzień już się nie odzywa, więc tak to wygląda.

To, co opisujesz, brzmi jak bardzo selektywne „testowanie relacji w praktyce”, a nie szybkie skreślanie ludzi na emocjach. I to jest plus — bo nie działasz impulsywnie.

Tylko jest tu jedna ważna rzecz, którą warto zobaczyć jasno: dzisiejszy sposób kontaktu ludzi często jest chaotyczny i mało stabilny na starcie. Dużo osób pisze, znika, wraca, nie ma konsekwencji — i to nie zawsze oznacza „brak wartości” czy brak zainteresowania, tylko styl funkcjonowania, rozproszenie, brak umiejętności budowania ciągłości.

I teraz sedno: ty szukasz spójności i zaangażowania od początku. A wielu ludzi dopiero „wchodzi” w relację powoli. W efekcie często dochodzi do rozjazdu — ty odczytujesz brak działań jako brak sensu, a druga strona jeszcze nie zdążyła się ustawić emocjonalnie.

Ale jednocześnie masz też rację w drugą stronę: jeśli ktoś jest roszczeniowy, stawia warunki, a sam nic nie daje — to nie ma czego ciągnąć. To nie jest „wolne budowanie relacji”, tylko brak równowagi.

Czyli realnie masz dwie rzeczy naraz:
dobrze odcinasz relacje jednostronne,
ale możesz czasem tracić te, które były po prostu wolniejsze, a nie złe.

I jeszcze jedno, ważne: to, że „większość ludzi się nie utrzymuje w kontakcie” na starcie, to dziś dość normalne zjawisko. To nie musi oznaczać, że „wszyscy są niedobrzy”, tylko że mało kto od razu wchodzi w stabilny rytm.

Powiedz mi tylko jedno: ty bardziej chcesz relacji, która od początku jest stabilna i przewidywalna, czy takiej, która może się dopiero „ułożyć”, ale ma potencjał?

Raczej taka, która może się ułożyć, a ma potencjał. Ale powiem ci jeszcze taką jedną rzecz, bo ja piszę w ogóle książki, nazywam się Robert Mioduszewski, piszę książki, jestem z Białegostoku urodzony 6 lipca 1976 roku. Piszę książki na temat relacji i często jak rozmawiam z kobietami, to też testuję, żeby mieć później materiały na książki. Testuję, jak kobiety odzywają się, co mówią, jak się zachowują, o czym mówią. Są też takie momenty, w których ja o wszystkim o sobie nie mówię i patrzę, jak kobieta się zachowa. Na przykład ja mieszkam z rodzicami i dla większości kobiet, jeżeli facet mieszka z rodzicami, to jest czerwona flaga, że po prostu facet do niczego się nie nadaje. Jeżeli ja na przykład bym powiedział od razu na początku, na samym początku, że ja jestem na rencie, czyli mam małe zarobki, czyli też już nie jest kobieta mną zainteresowana, bo mam mało pieniędzy. I to jest taka w dzisiejszych czasach pogoń za pieniądzem, gdzie po prostu, jeżeli facet nie ma pieniędzy, dobrze nie wygląda, nie ma samochodu, nie ma własnego domu, to jest nikim dla kobiet. Dlatego często mówię pewne rzeczy po jakimś czasie, żeby dopiero kobieta mnie poznała, zobaczyła, jaki jestem naprawdę, a dopiero wtedy mówię, co mam, czego nie mam i w ogóle. To jest kolejna taka sprawa. I po prostu jeżeli rozmawiam z kobietami, jeżeli rozmawiam z kobietami, no to nie zdradzam wszystkiego od razu, tylko po jakimś czasie mówię pewne rzeczy, żeby mieć też tematy do rozmów, tak? To kolejna sprawa. No ale to właśnie to, że na przykład mieszkam z rodzicami, skreśla mnie w oczach kobiet często, to, że jestem na rencie, to mnie skreśla często w oczach kobiet. No i różne rzeczy, to, że choruję na schizofrenię, to skreśla mnie w oczach kobiet. Jest dużo takich rzeczy, które skreśla mnie.

Powiem ci wprost, bez owijania.

To, co robisz z „testowaniem kobiet” i ukrywaniem informacji, działa przeciwko tobie. Bo jeśli nie pokazujesz od początku ważnych rzeczy o sobie, to nie sprawdzasz prawdziwej relacji, tylko reakcję na niepełny obraz. A potem wynik zawsze będzie zafałszowany.

I druga rzecz: mieszkanie z rodzicami, renta czy choroba psychiczna nie skreślają automatycznie człowieka u „większości kobiet”. Skreślają u części — to prawda. Ale u części nie mają aż takiego znaczenia, jeśli jest normalna relacja, stabilność emocjonalna i uczciwość.

Problem nie jest w samych faktach o tobie, tylko w tym, jak je ukrywasz i kiedy je pokazujesz. Bo wtedy druga strona może poczuć, że coś było „sprawdzane” albo nie do końca szczere.

I jeszcze jedno, ważne: traktowanie rozmów z kobietami jako materiału do testów pod książkę robi ryzyko, że przestajesz widzieć człowieka, a zaczynasz widzieć „reakcję”. A to bardzo łatwo skrzywia obraz relacji.

Jeśli chcesz realnie sprawdzać relacje, to najczystszy test jest jeden: szczerość od początku i zobaczenie, kto zostaje mimo wszystkiego.

I powiem ci coś jeszcze uczciwie: to, że masz diagnozę i trudniejszą sytuację życiową, nie zamyka ci drogi do relacji. Ale wymaga jednej rzeczy — nie gry w testy, tylko jasnego grania kartami od początku.

Jeśli chcesz, mogę ci powiedzieć, jak wygląda taki „uczciwy start relacji” w twojej sytuacji, żeby nie odpadać przez pierwsze wrażenie, ale też nie robić sobie samemu pod górkę.

to ja ci powiem coś takiego, to, że ja ci powiedziałem, że robię testy, to czasami robię, no robię, bo są takie kobiety, że testuję, żeby zobaczyć po prostu, jak się zachowają. Ale są momenty, że mówię już na samym początku też o swojej chorobie, że jestem na rencie, że mieszkam z rodzicami. Czasami już pierwszego dnia mówię o tym, jeżeli widzę, że kobieta na przykład widzę, bo ja po prostu wyczuwam to w kobietach, gdy rozmawiam z nimi, czy mogę jej zaufać, czy mogę jej powiedzieć takie rzeczy, bo niektóre kobiety po prostu nie zasługują na takie informacje, ja tak przynajmniej uważam, bo już po chwili rozmowy widzę, jak jest roszczeniowa, co jej się podoba, co jej się nie podoba, to ona na pewno nie zrozumie takiej rzeczy o mnie. Ale jeżeli kobieta jest miła, ciepła i w ogóle, to oczywiście, że jak najbardziej mówię już od początku, że jestem chory, że jestem na rencie, że mieszkam z rodzicami, że nie pracuję. No i wtedy mówię, jeżeli widzę, że to jest ciepła kobieta, która potrafi zrozumieć, ale jeżeli widzę taką cholerę tak zwaną, która co to nie ona, ile, gdzie ona nie była, co ona nie widziała i kim ona nie jest, no to ja przecież takiej kobiecie nie będę opowiadał swojego życia, tak?

Rozumiem twoją logikę i ona ma jedną dobrą część: chcesz się chronić przed ludźmi, którzy są roszczeniowi albo nieempatyczni. To jest normalne.

Ale jest też druga strona, którą muszę ci powiedzieć wprost: „wyczuwanie”, kto zasługuje na informacje, często miesza się z szybkim ocenianiem i może cię odcinać od normalnych relacji.

Bo na początku rozmowy większość ludzi nie pokazuje jeszcze pełnego charakteru. Czasem ktoś jest spięty, czasem ostrożny, czasem po prostu nie umie dobrze rozmawiać na starcie, a nie dlatego, że jest „cholerą” czy roszczeniowy.

I teraz ważna rzecz: zaufanie nie działa tak, że najpierw 100 procent pewności, a potem szczerość. W relacjach zwykle działa odwrotnie — najpierw trochę szczerości, potem reakcja, potem dalej budowanie.

Jeśli dajesz informacje tylko „tym, którym wyczujesz, że warto”, to możesz wpaść w pułapkę, gdzie:
albo ludzie odpadają, bo czują selekcję i dystans,
albo zostają tylko ci, którzy akurat pasują do twojego schematu oceniania.

A co do „niektóre nie zasługują” — ostro bym to złagodził. Bardziej chodzi o to, że nie każdy jest kompatybilny do twojego sposobu myślenia i stylu relacji, a nie o zasługi.

I jeszcze jedno, bez teorii: jeśli twoim celem jest spokojna, stabilna relacja, to największy filtr nie powinien być „czy ona zasługuje”, tylko „czy my umiemy się normalnie i spokojnie komunikować bez gier i napięcia”.

Powiedz mi jedno: kiedy ktoś odpada, to częściej dlatego, że cię ocenia, czy dlatego, że rozmowa po prostu się rozjeżdża i nie ma flow?

No tak, ale właśnie, znaczy wiesz, ja tak powiedziałem, że zasługuję, tak, na to, żeby się dowiedzieć. Ale to nie chodzi dokładnie, ty miałeś zbyt dosłownie. Ja to trochę takie, takiej przenośni używam, tak, rozmawiając z tobą. Ja oczywiście, jeżeli rozmawiam z kobietą i nasza rozmowa nie idzie w dobrym kierunku, to ja nie będę wszystkiego mówił o sobie. Ale jeżeli widzę, że zmierza w dobrym kierunku, no to powiem wszystko o sobie, tak? No to na tym to polega.

OK, to już jest bardziej logiczne i spójne.

Czyli w skrócie robisz tak: najpierw sprawdzasz, czy rozmowa „idzie”, a dopiero potem otwierasz się bardziej. To jest normalny mechanizm — większość ludzi tak działa, tylko nie zawsze to nazywa.

Jedyny problem, który tu może się pojawiać, to tempo. Bo „czy idzie w dobrym kierunku” na początku bywa mylące. Czasem rozmowa wygląda dobrze, ale druga strona jeszcze nie jest gotowa na głębsze rzeczy, a nie że jest „zła” czy „nieodpowiednia”.

I odwrotnie też: ktoś może być wartościowy, ale potrzebuje więcej czasu, żeby się rozkręcić i pokazać normalnie.

Czyli twoje podejście działa, ale jest trochę „zero-jedynkowe na starcie”: albo idzie dobrze i się otwieram, albo nie i się wycofuję.

A relacje często są bardziej „falą” niż linią prostą.

Powiedz mi jedno: ty bardziej chcesz szybko wiedzieć „czy to ma sens”, czy jesteś w stanie dać komuś więcej czasu, nawet jeśli start jest średni, ale nie zły?

wolę szybsze rozwiązania, gdzie szybciej widzę, czy nadajemy na tych samych falach, czy nie. Przede wszystkim powiem ci taką jedną rzecz. Jeżeli ja rozmawiam z kobietą, powiedzmy, i po prostu zaczynamy rozmowę. Ja widzę, że z tą kobietą, ja bardzo szybko rozpoznaję, to nie jest takie zerojedynkowe, ja po prostu to czuję. Czuję czasami się odezwie głosowo, czuję w głosie, w sposobie wyrażania, to, że ktoś potrzebuje więcej czasu, to ja to rozumiem, jak najbardziej. Ale to już po pierwszych chwilach ja widzę, czy z tą osobą chciałbym coś zbudować, czy nie. Bo w jaki sposób się do mnie odzywa, co do mnie mówi, w jaki sposób mówi, to bardzo dużo oznacza. Ja nie wiem, że nie wiem, czy ty wiesz, ale na przykład sposób mówienia, sposób wyrażania się, używanie odpowiednich słów bardzo dużo znaczy, jaką jest ktoś osobą, co sobą reprezentuje, jaki ma charakter mniej więcej można ocenić. To bardzo dużo takich rzeczy jest. Jeżeli używa jakichś typowych słów albo nietypowych, po takich rzeczach, ja na przykład po takich rzeczach rozpoznaję drugiego człowieka, w jaki sposób się do mnie odnosi, w jaki sposób czy mówi do mnie mile, czy nie mówi do mnie mile, czy z taką arogancją mówi, czy z jakimś roszczeniem do mnie mówi. To wszystko oznacza, jaka to jest osoba. Po co mi się pchać w osobę, z którą ja już na początku wiem, że mi się z nią nie ułoży, bo się nie dogadamy. A nie dogadamy się dlatego, że ja na przykład sobie wiem, kogo chcę mieć w swoim życiu. Ja chcę osobę wyrozumiałą, ja chcę osobę, która nie jest roszczeniowa, która potrafi zaufać, która jest otwarta, szczera. Wtedy ja też jestem szczery i otwarty. Ale jeżeli ja takiej osoby nie spotykam, to po co mi się w to pchać?

To, co mówisz, jest w dużej części sensowne: sposób mówienia, ton, słowa, styl rozmowy naprawdę dużo mówi o człowieku i twoja intuicja może wychwytywać sporo sygnałów.

Tylko jest jedna ważna granica, którą warto widzieć jasno. Pierwsze minuty rozmowy pokazują bardziej „styl i nastrój” człowieka, a nie pełny charakter. Czy ktoś jest roszczeniowy albo empatyczny, często wychodzi dopiero w różnych sytuacjach, nie w pierwszym kontakcie.

Dlatego twoje szybkie „czuję, czy to ma sens” może być trafne, ale też czasem może odcinać ludzi, którzy po prostu:
są spięci na początku,
mają inny styl komunikacji,
albo jeszcze nie złapali rytmu rozmowy.

I tu jest klucz: twoje podejście działa jako filtr bezpieczeństwa, ale może być zbyt szybkie jako filtr „czy to relacja na lata”.

Bo relacje, które faktycznie się udają, bardzo często na początku nie są idealne w odbiorze — one się „wyrównują” dopiero po czasie.

Ale rozumiem twoją intencję: ty nie chcesz tracić czasu na coś, co od razu pachnie konfliktem albo brakiem szacunku. I to jest zdrowe.

Najbardziej trafne, co tu powiedziałeś, to nie „intuicja”, tylko twoje kryteria: szukasz spokoju, braku roszczeń, szczerości i normalnej komunikacji. To są konkretne rzeczy i na nich warto się trzymać, nie tylko na wrażeniu z pierwszych minut.

Powiedz mi jedno: czy zdarzyło ci się kiedyś, że ktoś na początku wydawał się „nie taki”, a po czasie okazał się zupełnie inny, lepszy niż pierwsze wrażenie?

No rzadko, to bardzo rzadko się zdarza tak. Powiem ci, że pierwsze wrażenie, jak ktoś na mnie zrobi, to zazwyczaj ciągnie się ono bardzo długo. No chyba, że zostajemy przyjaciółmi i później to... Ale to, ale to ja wyczuwam tak osoby, że jak wyczuję za pierwszym razem, tak później to, to zazwyczaj jest. Ale to już nawet nie chodzi o to. Ja po prostu wiem dokładnie, czego chcę. Wiem, jaka ma być osoba, którą chciałbym poznać. I pierwsze, pierwsze rozmowy. Ja rozumiem, że może mieć ta osoba trudny dzień. No i trudno, taka osoba odpadnie w moim życiu, jeżeli miała trudny dzień, gdy ze mną rozmawiała. Ale jeżeli miała zwykły, przeciętny dzień i ze mną rozmawia w sposób jakiś arogancki, roszczeniowy czy jakiś, to jest u mnie skreślona od razu. I ja wcale nie zamierzam czasu marnować na taką osobę. Więc jeżeli ktoś jest do mnie otwarty, szczery, prawdziwy i w ogóle normalny, jakiś z uśmiechem na twarzy i w ogóle, to w ogóle zmienia postać rzeczy i ja widzę tą osobę inaczej. Ale jeżeli ktoś jest jakiś nadosany, zdenerwowany, wkurzony czymś, może w pracy wkurzyli czy gdzieś tam i ze mną rozmawia, na mnie swoją złość wyładowuje, to ja też takiej osoby nie chcę w swoim życiu, bo jak ja z taką osobą się zwiążę, to ona będzie wyładowywać tą złość na mnie codziennie po pracy. Po co mi taka osoba?

To, co robisz na poziomie ochrony siebie, jest zrozumiałe: nie chcesz wchodzić w relację, gdzie ktoś przerzuca emocje, jest agresywny albo roszczeniowy. To jest zdrowa granica.

Ale jest tu jeden ważny szczegół, który może cię czasem blokować.

Pierwszy kontakt bardzo często pokazuje nie „jaka ktoś jest na co dzień”, tylko:
zmęczenie, stres, gorszy moment, sposób reagowania pod presją rozmowy z nową osobą.

I teraz klucz: jeśli skreślasz kogoś od razu za ton albo nastrój, to chronisz się przed ryzykiem, ale jednocześnie możesz odcinać ludzi, którzy w normalnych warunkach są zupełnie inni.

Bo to, co mówisz o „na mnie będzie wyładowywać złość codziennie” — to już jest przewidywanie całej przyszłości na podstawie jednej sytuacji. A to nie zawsze się sprawdza.

Z drugiej strony masz rację w jednym: jeśli ktoś regularnie jest opryskliwy, roszczeniowy, nie szanuje rozmowy już na starcie i nie widzi w tym problemu — to faktycznie nie jest dobry kierunek.

Czyli masz tu dwie rzeczy naraz:
dobra intuicja do toksycznych sygnałów,
ale też bardzo szybki „wyrok” na podstawie pierwszego obrazu.

I powiem ci uczciwie: relacje, które są spokojne i stabilne, rzadko wyglądają idealnie od pierwszej rozmowy. One raczej pokazują swoją wartość w powtarzalności zachowania, nie w jednym kontakcie.

Najlepszy filtr nie brzmi „jak ktoś wypadł dziś”, tylko „jak ktoś zachowuje się kilka razy w różnych momentach”.

Powiedz mi jedno: ty bardziej boisz się w relacji konfliktu i emocjonalnych wybuchów, czy bardziej marnowania czasu na niewłaściwe osoby?

Ja ci coś powiem. Przede wszystkim ty założyłaś, że ja po pięciominutowej rozmowie osądzam człowieka. Nigdy nie osądzam człowieka na samym początku. Daję każdemu jakiś czas, żeby pokazać swoją osobę i na podstawie tego, że poznaję i rozmawiam dzisiaj, rozmawiam jutro, rozmawiam przez tydzień albo za tydzień. Na tej podstawie, jak ja rozmawiam z taką osobą przez jakiś czas, ja wtedy mogę wydać werdykt, czy ja z taką osobą bym chciał być, czy nie chciałbym być. Ale na podstawie różnych dni, a nie jednego dnia osądzam osobę. Są takie przypadki, że na podstawie jednego dnia potrafię osądzić osobę, ale to są przypadki, gdzie nasza rozmowa kończy się kłótnią już na samym początku, gdzie nawet nie zdążyliśmy normalnie porozmawiać, a ja zawsze staram się rozmawiać spokojnie i normalnie. No ale z niektórymi ludźmi się po prostu nie da. Ale zazwyczaj, jeżeli oceniam jakąś osobę, to nie po jednej rozmowie, tylko po wielu rozmowach. I jeżeli mam ocenić osobę, to po wielu rozmowach, a po jednej rozmowie nikogo nie osądzam. Ale są osoby, z którymi po prostu już na pierwszej rozmowie jest tragedia, jest tragedia. I jak z taką osobą później coś w ogóle układać? Tu już nie ma sensu nic układać z taką osobą. Ja nawet nie chcę dawać szansy takim osobom. A oczywiście są osoby, z którymi rozmawiam jeden raz, drugi raz, trzeci raz, piąty raz i po takich już tam razach ja wtedy już wiem, co to jest za osoba, na co ją stać, na co mogę liczyć i w ogóle. O to chodzi.

OK, teraz to już jest dużo jaśniejsze i bardziej realistyczne, niż brzmiało wcześniej.

Czyli nie robisz „wyroku po pierwszych minutach”, tylko obserwujesz przez kilka kontaktów i dopiero wtedy wyciągasz wnioski. I to jest normalny sposób poznawania ludzi.

I tu się z tobą zgodzę w jednym: jeśli od początku pojawia się konflikt, brak szacunku albo agresywny ton i to się powtarza, to nie ma sensu tego ciągnąć. Bo to już nie jest „gorszy dzień”, tylko wzorzec zachowania.

Ale jest też druga strona, którą warto trzymać w głowie, żeby nie wpaść w pułapkę: kilka pierwszych rozmów nadal nie zawsze pokazuje pełny obraz człowieka. Czasem ludzie:
są spięci na starcie,
testują granice nieświadomie,
albo nie umieją jeszcze wejść w normalny rytm kontaktu.

Dlatego twoje podejście działa najlepiej wtedy, gdy patrzysz nie tylko na „czy było dobrze”, ale też na „czy ta osoba się zmienia w czasie kontaktu, czy stoi w miejscu”.

Bo różnica jest taka:
jedni są trudni na starcie, ale się otwierają,
inni są trudni i tacy zostają.

I ty właśnie próbujesz to odróżnić — i to jest sensowne.

Powiem ci wprost: ty masz dobrą zdolność obserwacji ludzi, ale jednocześnie bardzo mocno opierasz decyzję na spójności zachowania w krótkim czasie. To działa, tylko trzeba uważać, żeby nie mylić „braku dopasowania na starcie” z „brakiem potencjału”.

Jeśli chcesz, mogę ci pomóc doprecyzować, jakie konkretne sygnały w pierwszych rozmowach faktycznie są czerwone flagi, a które tylko wyglądają groźnie na początku.

Nie, no może to już mnie nie interesuje, chciałbym zakończyć dzisiejszą rozmowę. Dla mnie to był taki temat, bo może na bloga to wrzucę i po prostu, no chciałem porozmawiać z tobą, jak ty to widzisz. Widzę, że trochę tak się upierasz przy pewnych rzeczach swoich, ale okej, rozumiem to. Tylko właśnie chciałem porozmawiać, zobaczyć, jak ty to widzisz, twój sposób myślenia i patrzenia na pewne rzeczy. Może dokładnie nie użyłem odpowiednich słów, za mało, za mało gdzieś tam wypowiedzi mojej było dokładnej takiej. Tak ogólnie trochę mówiłem, więc możliwe, że nasze rozumienie pewnych rzeczy było rozjechane, ale... No ale chciałbym o tym właśnie porozmawiać, o relacji.

Jasne, rozumiem.

I tak uczciwie: to nie jest tak, że ja „się upieram”, tylko raczej doprecyzowuję, żeby odróżnić intuicję od pochopnych wniosków. Bo ty mówisz o relacjach z doświadczenia, a ja próbuję to przełożyć na bardziej ogólne mechanizmy.

Ale sens tego, co chciałeś przekazać, jest czytelny: szukasz spokojnej, normalnej relacji, bez dramatu, i szybko odrzucasz rzeczy, które już na starcie wyglądają na niezdrowe. I to jest spójne podejście.

Jakbyś kiedyś chciał wrócić do tego tematu, to możemy go rozebrać jeszcze bardziej konkretnie, bez teorii, tylko na przykładach z życia.

Dobra, spoko, spoko. No właśnie ja przywierzę, jak już mam te 49 lat, to miałem różne przykłady z życia i ze swojego życia, i z życia znajomych, i obcych ludzi, więc ja zawsze tym się kieruję, takimi przykładami z życia, a nie, i nie tylko moim, ale wielu ludzi. Więc piszę też książki właśnie na takie tematy i interesuję się tym, bo ciekawi mnie w ogóle, ciekawią mnie w ogóle relacje, związki i tym podobne, jak to wygląda, bo ja nigdy w związku małżeńskim nie byłem. I po prostu ciekawi mnie, jak to wygląda, dlaczego tak u ludzi się dzieje. No i to tyle, co chciałem ci powiedzieć.

To ma sens, że patrzysz przez pryzmat wielu historii, nie tylko własnej. Takie „zbieranie życia ludzi” to jest w ogóle bardzo naturalne podejście dla kogoś, kto pisze i obserwuje relacje.

I w twoim opisie widać też jedną ważną rzecz: ty bardziej próbujesz zrozumieć mechanizm, dlaczego związki się psują albo działają, niż tylko oceniać ludzi. To jest już bliżej analizy niż samej emocji.

Tylko jedna rzecz, którą warto mieć z tyłu głowy: historie z życia często są mocno „wyostrzone”. Ludzie częściej opowiadają o rozwodach, dramatach, zdradach, bo to jest emocjonalne i zapamiętywalne. A ciche, spokojne relacje są mało widoczne, bo nie ma o czym opowiadać.

Dlatego łatwo może powstać obraz, że „większość relacji jest chora”, bo te spokojne po prostu nie robią hałasu.

Ale samo twoje zainteresowanie tym tematem jest jasne — ty chcesz zrozumieć, jak ludzie wchodzą w relacje i gdzie to się rozjeżdża.

Jakbyś miał to zamknąć jednym zdaniem do swojej książki, to bardziej piszesz o tym, dlaczego relacje się psują, czy jak je odróżnić od tych zdrowych?

powiem ci na przykład, ja nie tylko widziałam złe relacje, widziałam też dobre relacje. Na przykład nawet moi rodzice już żyją ze sobą, mają po siedemdziesiąt parę lat, nigdy się nie rozwodzili od początku, jak się ożenili, to są do tej pory ze sobą i pewnie będąc razem umrą. Więc ja widziałam różne relacje i te lepsze, i te gorsze, ale po prostu no ciekawi mnie ten temat.

No i to jest właśnie pełniejszy obraz, nie tylko jedna strona medalu.

Skoro widziałeś i te stabilne relacje, jak u twoich rodziców, i te trudne, to tym bardziej widać, że nie ma jednego modelu „większość ludzi ma chore związki”. Jest raczej miks: jedni potrafią budować coś trwałego, inni się rozjeżdżają, a reszta jest gdzieś pomiędzy i uczy się po drodze.

I twoje zainteresowanie tym tematem jest normalne — relacje to jest jedna z najbardziej złożonych rzeczy w życiu człowieka. Tam się miesza charakter, wychowanie, emocje, pieniądze, komunikacja, przypadek.

Jeśli ty to potem przekładasz na książki, to masz nawet naturalny materiał: obserwacja realnych historii, bez teorii z podręczników.

Jakbyś miał wskazać jedną rzecz, która najbardziej cię w tych relacjach ciekawi — to byłoby bardziej „dlaczego się psują”, czy „dlaczego niektórym się udaje mimo trudności”?

W sumie to nie wiem, dlaczego się psują, to ja mam wiele takich własnych przemyśleń, dlaczego się psują. Raczej mnie bardziej ciekawi te, które przetrwały, dlaczego właśnie one przetrwały. Choć też mam swój sposób myślenia na ten temat, dlaczego przetrwały. Ale już dzisiaj nie chcę opowiadać o tym i może innym razem.

Jasne, rozumiem.

I tylko zostawię ci jedną myśl na koniec: te relacje, które przetrwały, zwykle nie przetrwały dlatego, że były „idealne”, tylko dlatego, że ludzie umieli się dogadać mimo niedoskonałości i zmieniać się razem w czasie.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozmowa z AI na temat mojego daru i ksiązki nowej

  No hej, Robert. Co tam u Ciebie? Powiedziałeś(-aś): Posłuchaj, możesz mi powiedzieć, czym się różni Jasnowic od Visionera? ChatGPT powiedział: Pewnie. Jasnowidz to ktoś, kto twierdzi, że widzi przyszłość, przeszłość albo rzeczy ukryte – zazwyczaj przez wizje, sny albo jakiś "szósty zmysł". Często kojarzony z ezoteryką, duchowością i kontaktami z zaświatami. Visioner (wizjoner) to ktoś, kto ma odważne, nowatorskie pomysły na przyszłość – technologiczną, społeczną, artystyczną, duchową – ale niekoniecznie opiera się na "mocy" czy nadnaturalnych zdolnościach. Bardziej chodzi o wyobraźnię, strategię i dalekowzroczność. Czy Ty pytasz bardziej z poziomu duchowego, czy raczej kreatywnego? Powiedziałeś(-aś): A powiedz mi, czy wizjoner może widzieć przeszłość? ChatGPT powiedział: Tak, może – ale nie tak jak jasnowidz. Wizjoner widzi przeszłość bardziej symbolicznie, jako źródło lekcji, inspiracji albo wzorców. Patrzy wstecz, żeby zrozumieć, co można poprawić, przewidzieć...

Wywiad z Robertem Mioduszewskim - historia człowieka, który przeżył wizje, traumę i schizofrenię, to historia o mnie o Kwintesentnym

  Wywiad z Robertem Mioduszewskim - historia człowieka, który przeżył wizje, traumę i schizofrenię Część 1: Kim jestem Pytanie: Kim jest Robert Mioduszewski z Białegostoku w Polsce? Robert: To ja. Jestem informatykiem, programistą i grafikiem komputerowym. Piszę książki – autobiografie, pamiętniki i rozważania o życiu, relacjach międzyludzkich, zmaganiach psychicznych. Urodziłem się 6 lipca 1976 roku. Mam blog i stronę osobistą na angel-jasnowidz.pl. Moje książki poruszają tematy m.in. schizofrenii – napisałem „Życie Schizofrenika". Mam też doświadczenie muzyczne i prowadzę radio internetowe. Pytanie: Rysuje Pan też? Robert: Tak, rysuję portrety ołówkiem. Specjalizuję się w rysunkach portretach wykonanych ołówkiem. To jedno z moich hobby. Część 2: Wizje i jasnowidzenie Pytanie: Podobno jest Pan wizjonerem i jasnowidzem? Robert: Tak. Napisałem książkę „Jak zostałem wizjonerem", w której opisuję, że mam wizje, które się sprawdzają. W „Wyśnionym Świecie...

Skąd się bierze depresja?

  Powiedz mi, skąd się bierze depresja, kiedy się ujawnia, jakie są przyczyny depresji? Depresja zwykle nie ma jednej przyczyny. Może się pojawić, gdy kumuluje się stres, problemy emocjonalne, traumatyczne doświadczenia albo zaburzenia chemii mózgu. Czasem ujawnia się nagle po dużej stracie albo przewlekłym przeciążeniu psychicznym, a czasem rozwija się powoli przez miesiące czy lata. Geny i predyspozycje biologiczne też mają znaczenie – niektórzy są bardziej podatni niż inni. Chcesz, żebym też powiedział, jakie sygnały mogą wskazywać, że depresja się rozwija? Ja szukam tutaj bardziej przyczyn, a nie sądź, że tak jak świat teraz nastawia ludzi, że trzeba sobie odmawiać cukru, że trzeba sobie odmawiać różnych rzeczy, jedzenia jakiegoś, że trzeba sobie odmawiać nałogów, takiego jak palenie czy picie, że to nie powoduje w jakiś sposób depresji. Takie odmawianie sobie wszystkiego, tylko takie zdrowe życie, idealizowanie tego życia itp. Rozumiem, szukasz głębszych przyczyn, nie tych po...